desert island.

Chciałabym żyć w czasach bez internetu. Udało mi się o nie zahaczyć, udało mi się mieć dzieciństwo, za co jestem ogromnie wdzięczna Bogu. Rodzice czytali mi bajki zamiast puszczać je w telewizji. Gdy pytałam o znaczenie jakiegoś słowa – Mama zawsze odsyłała mnie do półki z encyklopedią wydaną w 12 woluminach. Chodziłam do szkoły muzycznej i na niemiecki. Latem był tenis i żeglarstwo. Tak, muszę przyznać, że miałam cudowne dzieciństwo. Ale nie o tym… Dziś boję się otwierać przeglądarkę. Uchodźcy, Duda i cały ten gwiazdozbiór, który sprzedaje swoją prywatność taniej niż Biedronka pieczywo, są dla mnie tak interesujące jak przyczyna śmierci ćmy, której zwłoki wciągnęłam wczoraj do odkurzacza. Strach nawet wygooglować: jak wbić gwóźdź młotkiem, bo prawdopodobnie dojdziesz, że jesteś w ciąży albo masz raka. Instagramowe wypacykowane panny w serii zdjęć „ajłokaplajkdys” zawsze wzbudzają we mnie współczucie. Biedaczki nie wiedzą, że fotoszopa nie założą na twarz i nie wyjdą w nim na ulice. I tak sobie żyją w tym wirtualnym świecie, bez przeszłości i przyszłości, gdzie i teraźniejszość jest wątpliwa. I czasem przychodzi taki stan, kiedy nie masz ochoty na ludzkość, a jedynym co chcesz zrobić to rzucić wszystko i wyjechać na bezludną wyspę. Taką wyspą jest dla mnie nasz dom, gdzie rzadko gra telewizor, gdzie nikt nie podnosi głosu, gdzie nie potrzeba internetu, żeby zabić nudę. Nudy nie ma ani w naszym słowniku, ani w naszym życiu. Nasz dom, nasz azyl, gdzie wspólnie z M uodparniamy się na głupotę innych, a przede wszystkim tych popaprańców z przeszłości…

Zdjęcia zamieszczane na blogu są autorstwa M, za co mu serdecznie dziękuję. Jesteś moim mistrzem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *